featured Oman Świat

Masirah – tam gdzie pasterze mówią dobranoc

-
24 kwietnia 2015

W poszukiwaniu kolejnego przystanku na mapie Omanu natknęliśmy się na wyspę Masirah. Zapytani o nią Omańczycy od razu odpowiadali, że nie ma tam kompletnie nic ciekawego, natomiast według przewodnika to miejsce idealne dla osób szukających prawdziwie pustynnych doświadczeń. Jak dla nas wystarczająco dobre argumenty, by się tam wybrać i sprawdzić – głównie naszą zdolność przetrwania w mniej cywilizowanych warunkach…

Na wyspę docieramy po 1,5 godzinnej komfortowej podróży promem z Shana, na pokładzie którego było jeszcze sporo wolnych miejsc. Wśród podróżujących wyłącznie Omańczycy w swoich tradycyjnych strojach i ani jednego obcokrajowca – dobry znak na kolejne dni pobytu na wyspie.

 

Po przybyciu wita nas niewielkie, raczej senne i opustoszałe miasteczko portowe – Hilf. Parkingi świecą pustkami, raz na jakiś czas jedyną na wyspie asfaltową szosą przejeżdża samochód, a w restauracji jesteśmy jedynymi gośćmi. Zamiast korzystać z jednego z trzech hoteli na wyspie decydujemy zrobić użytek z naszego namiotu i rozbić się w okolicach plaży. Biorąc jednak pod uwagę potęgujący wieczorem na wybrzeżu wiatr musimy wybrać miejsce choć częściowo od niego osłonięte.

 

Kierujemy się na południe od portu, im dalej od Hilf tym mniejsze zagęszczenie zabudowań, które poza miastem stanowią właściwie jedynie blaszane zagrody pasterskie. Przy jednej z nich wypatrujemy samochód i krzątającego się po obejściu Omańczyka w śnieżnobiałym diszdaszu. Na powitanie częstuje nas oczywiście omańską kawą z termosu i choć prawie nie mówi po angielsku, próbuje nam coś o sobie opowiedzieć. Rysując na piasku namiot, pytamy o odpowiednie miejsce i zgodę na rozbicie się.

Po krótkim namyśle, gospodarz wskazuje na pustą drewnianą budę, gdzie zmęczeni pracą ze zwierzętami pasterze ucinają sobie drzemki. Nie trzeba nam dwa razy mówić – dziękujemy za poradę i rozbijamy namiot w środku baraku, nie zrażeni brakiem prądu czy też bieżącej wody.

Dopiero nieco później zdajemy sobie sprawę z tego, jak wielu mamy „sąsiadów”. Dziesiątki kóz, kur i parę sztuk okazałych wielbłądów już dawno zostało zagonionych do swoich zagród. Znajomy pasterz również wraca do domu i zostajemy w końcu sami, a Maja zasypia dosłownie w parę sekund. Jednak błogi spokój nie trwa długo. Zaraz po zmroku do gospodarstwa zaczynają podjeżdżać pickupy, z których wysiada spora grupa mężczyzn. Jedni ubrani tradycyjnie, w turbanach, inni po europejsku. Nie do końca wiemy co myśleć o tym całym zamieszaniu.

 

Mężczyźni rozpalają ognisko, zasiadają dookoła i głośno dyskutują. Nie wydają się zaskoczeni naszą obecnością w chacie obok. Jedyny Omańczyk w grupie znający angielski zagaduje do Łukasza i zaprasza do towarzystwa, jednocześnie zapraszając na kolejną noc do jednego ze swoich kilku domów na wyspie. W międzyczasie na ognisko trafia gar z ryżem i mięsem. Podczas, gdy ja czuwam przy śpiącej Mai w namiocie, Łukasz ucztuje z nowymi znajomymi.

 

 

Wkrótce jednak do namiotu wraca posilony małżonek z omańskim kolegą, a razem z nimi specjalnie dla mnie przygotowana porcja jadła – góra ryżu, micha pikantnie przyprawionego mięsa (jak się później udało ustalić był to rekin!), dzbanek kawy i miska suszonych daktyli. Zestaw co najmniej na dwie lub więcej osób.

Oprócz niespodziewanej wizyty i kolacji, zaskoczył nas również niesamowity widok gwieździstego nieba. Gdyby nie silny wiatr, pewnie spełnilibyśmy marzenie o noclegu pod tak rozświetlonym niebem.

 

Rankiem obudziły nas meczące jedna przez drugą kozy, po wieczornej biesiadzie ani śladu. Maja z radością wyskoczyła z namiotu i pobiegła penetrować „podwórko”. A na nas czekała już kawa w termosie przygotowana przez kolejnego dyżurującego przy trzodzie pasterza.

Przy okazji pokazywania Mai wielbłądów – również tych dzikich spacerujących nieopodal na plaży – oraz wszędobylskich kóz, zauważyłam w ich zagrodzie znajomą tacę. Bez wątpienia było to takie samo naczynie, z którego poprzedniego wieczoru zajadałam ryż 🙂

Z zagrody mieliśmy się przenieść do domu jednego z miejscowych, do którego zgodnie z ustaleniami poprzedniego wieczoru mieliśmy jeszcze rankiem zadzwonić. Niestety okazało się, że nie mamy co liczyć na jakikolwiek zasięg. Pozostawało nam więc spakować się i zgodnie ze wskazówkami skierować samochodem 10km na północ. Na szczęście gospodarz też wyjechał w naszą stronę i poprowadził do swojego domostwa, które okazało się być zdecydowanie dalej niż wspomniany wcześniej dystans. I choć na miejscu mamy do naszej dyspozycji duży pokój, bieżącą wodę i prąd przez parę godzin wieczornych, to jednak nie potrafimy się tak dobrze wyspać jak w przytulnym namiocie w lichej drewnianej chacie. Nic się nie może równać z hotelem z milionami gwiazdek!

 


 

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, będziemy wdzięczni za udostępnienie znajomym. Zachęcamy także do zapisania się do newslettera (formularz po prawej stronie) i polubienia naszej strony na Facebooku. Dzięki!

Tagi
POWIĄZANE WPISY
  • Wow, niezła przygoda. Nie wiem czy bym się na taką odważyła. 🙂

    Chociaż najeść się można było. 🙂 Tylko to naczynie…, hehe 🙂

    • My również nie byliśmy tego pewni, ale warto było spróbować. Właściwie nasza decyzja ograniczała się do samego wyjazdu na Masirah, reszta była splotem sprzyjających okoliczności i przypadkowo napotkanych ludzi.
      Naczynie do dzisiaj wspominam z uśmiechem, całkiem nieźli kucharze z tych pasterzy 🙂

  • Ciekawie się ogląda zdjęcia i czyta. Nie wiem jednak czy taka przygoda byłaby dla mnie 😉

    • Dzięki, staramy się 🙂 Czasem trzeba po prostu czegoś spróbować by przekonać się, czy to coś dla nas. Żałowalibyśmy, gdybyśmy sobie odpuścili Masirah bo pobyt wiele nas nauczył, także o samych sobie.

  • Ola

    To jest podróżowanie! To są przygody!

    • Dzięki! Pobyt na Masirah był faktycznie ciekawą i niezpomnianą przygodą 🙂

  • Niesamowita przygoda 🙂 i mieliście nie lada odwagę, że całą tą wspaniałą podróż mogła przeżyć również córka! Tak małe dzieci uwielbiają namiot, wiem po swoich doświadczeniach, ale … czasami warto wyjść z własnej strefy wygody i zamienić hotelowe łóżko na namiotowy materac. A to niebo jest naprawdę wspaniałe!

  • Ja na całe życie takie gwiezdne niebo zapamiętałam z Mazur i Bieszczd. Kiedyś jechaliśmy na festiwal w Bieszczadach – i zatrzymaliśmy się koło północy na przerwę, wychodzimy – a tam…Wszechświat. Nawet ja, ze swoją wadą wzroku, byłam w stanie zobaczyć te miriady gwiazd. Widok niesamowity i bardzo poruszający.

    • Niesamowite jak niebo widoczne od zawsze potrafi dziś niezmiennie fascynować… 😉

  • O kurczę! 🙂

  • Pingback: Wystarczy zapytać o drogę - czyli jacy są Omańczycy()

  • Pingback: Oman - informacje praktyczne - Gdzie są Kasperki()

Asia, Łukasz, Maja i Alicja Kasperek

Cześć! Jesteśmy rodziną, która nie wyobraża sobie życia bez podróży. Na co dzień mieszkamy i pracujemy na Śląsku. Staramy się uciekać od rutyny i codziennego pośpiechu, więc gdy to tylko możliwe, pakujemy plecaki i ruszamy w drogę. Odkąd pojawiła się Maja, podróżujemy wyłącznie w pełnym składzie, bo tylko wtedy podróż może być naprawdę udana! A jak to się zaczęło, przeczytacie na stronie "O nas".

Szukaj
Wpisy wg daty
Airbnb
Airbnb

Zarejestruj się i odbierz 100zł na pierwszy nocleg z Airbnb

Newsletter

Znajdziesz nas również na: