Iran Świat

Irański Kurdystan

-
5 października 2017

Są miejsca, do których nas ciągnie choć wiemy o nich zbyt mało, by zbudować sobie na ich temat jakieś wyobrażenie. To miejsca, o których nie czyta się i nie mówi wiele i do końca nie wiadomo, czego się spodziewać. Pojawiają się w wiadomościach tylko wtedy, gdy mowa o zagrożeniu czy konflikcie. Dlatego irański Kurdystan leżący przy granicy z Irakiem, wzbudza raczej niepokój niż zainteresowanie. Ale czy rzeczywiście jest ku temu powód? Co może nas tam spotkać?

Zaczepki

Daleko za nami głośne i chaotyczne Kermanshah, z którego wczesnym rankiem złapaliśmy busa na północ. W porównaniu z poprzednim miejscem kurdyjskie Paveh zdaje się być nadzwyczaj spokojne. Rankiem i popołudniem, kiedy będzie chłodniej, miasto rozbudzi się a przed domami usiądą kobiety, by pogawędzić lub po prostu poobserwować chwile ożywionego ruchu na ulicach. Odważnie spoglądają nam w oczy i odpowiadają na pozdrowienie z uśmiechem lub wstydliwym chichotem. Nieraz musimy zatrzymać się na dłużej by mogły dokładniej przyjrzeć się dzieciom i krótko porozmawiać. Od razu rzuca się w oczy ich strój, który wyraźnie odróżnia je od kobiet w innych częściach Iranu, odzianych w ponure czernie.

W swojej ciekawości prym wiodą mężczyźni. Kurdowie zaczepiają nas niemalże co krok, niezwykle przejęci tym, że swoją łamaną angielszczyzną mogą nam zadać choć parę pytań. Kiedy już wiedzą, że jesteśmy z Lachestanu, nasza podróż będzie trwa już prawie miesiąc, a Iran nam się bardzo podoba, w najzupełniej naturalny sposób rzucane jest zaproszenie do domu na herbatę. W ten sposób szybkie wyjście na zakupy czy spacer stają się czasochłonnymi wyprawami. Jakkolwiek mili by nie byli miejscowi, nie jesteśmy w stanie każdemu zagadującemu poświęcić czas, więc posiłkując się różnymi wymówkami kończymy zbyt długie spotkania. Bywa, że wracając z miasta czujemy się zmęczeni tym wszechobecnym zainteresowaniem naszą rodziną i ku naszemu zaskoczeniu z ulgą wracamy do hotelowego pokoju.

Oblężenie

Siedzimy na ławce otoczeni zewsząd tłumem dziewcząt, które chichocząc nie spuszczają z nas wzroku. A przecież jeszcze parę minut wcześniej Maja i Alicja były prawie jedynymi dziećmi na placu zabaw. Nie wiem, jakim sposobem i skąd wzięły się te wszystkie uśmiechnięte buzie. Padają pytania budowane pojedynczymi angielskimi zwrotami, odpowiedzi na które mają zaspokoić wielką ciekawość dziewczynek. Na parę minut stajemy się największą atrakcją w okolicy, do której trzeba się do niej koniecznie zbliżyć i obserwować z bliska. Uprzejmie dziękujemy za zaproszenie na herbatę najbardziej wygadanej  z grona i udajemy się dalej. Gromadka rozpierzcha się tak szybko, jak się pojawiła.

Porwanie

Zapadła decyzja: musimy stanowczo, ale uprzejmie ucinać pogawędki i w końcu coś zobaczyć w okolicy. Wystarczy wyjechać poza Paveh, by wijące się między żółtymi wzgórzami drogi zawiodły nas do mniejszych miejscowości, w których Kurdowie prowadzą niespieszne, ale jednocześnie trudne życie w górskich warunkach. Wystarczy tylko znaleźć taksówkarza, który nas tam zabierze i będzie znał na tyle angielski, by choć trochę nam o regionie opowiedzieć.

Okazuje się, że to niełatwe zadanie. Co prawda wyczytaliśmy, że jest jedna agencja oferująca podobne usługi, ale nikt z napotkanych miejscowych nic na ten temat nie wie. Kluczymy po mieście próbując namierzyć właściwy adres, bez skutku. Nieco zmęczeni bezowocnym szukaniem postanawiamy ostatni raz zapytać o postój taksówek.

W wejściu do sklepu stoi sprawiający wrażenie znudzonego sprzedawca. Starszy pan, jak przystało na prawdziwego Kurda, ma na sobie tradycyjny strój w kolorze szarym z charakterystycznymi szerokimi spodniami, które jeszcze bardziej poszerzają sylwetkę i tak już tęgiego sklepikarza. Na nasze pytanie ożywia się, duka coś w mieszance kurdyjsko-angielskiej. Zdaje się wiedzieć, gdzie możemy złapać taksówkę. Następnie ku naszemu zaskoczeniu w pośpiechu zamyka sklep zaciągając metalowe kraty i wskazując na swój samochód proponuje podwiezienie. Właściwie to już postanowione za nas, po chwili nasze bagaże lądują obok nas w aucie.

„Mieszkam niedaleko”, mówi sklepikarz po chwili. Ani zdążyliśmy się obejrzeć kiedy zajechaliśmy pod jego dom ukryty za murem i drzewami. „Właściwie jest już pora lunchu, zapraszam was na herbatę”. Choć brzmiało jak zaproszenie to kolejny raz postanowiono za nas. Próbujemy odmawiać, znając już podstawy ta’arofu (perska etykieta,  wymiana uprzejmości), ale nic z tego. Przed drzwiami czeka już uśmiechnięta żona sklepikarza gotowa na przyjęcie gości. Na dywanie szybko pojawia się srebrna taca z filiżankami gorącej herbaty. Obok nich lądują słodkie ciasteczka. W przerwie między świeżymi dostawami trunku pani domu zabiera mnie do pokoju obok i z dumą pokazuje tradycyjne kurdyjskie suknie. Kolorowe, zdobione cekinami, mieniące się złotymi i srebrnymi nićmi stroje odstają od narzuconego wzorca bezkształtnych czarnych czadorów i hidżabów. Chwilę później jestem już ubrana w jeden z połyskliwych zestawów, a pani domu jest tym wyraźnie zachwycona.

Po zabawie w przebieranki przychodzi czas na suty obiad. Mija kolejna godzina, maleją szanse na to, że uda nam się zrealizować nasz plan zwiedzania okolicznych wiosek. Łukasz się jednak nie poddaje i z pomocą tłumacza Google w końcu dogaduje szczegóły wycieczki, na którą ma nas zabrać dalszy krewny gospodarza. Kierowca zjawia się punktualnie i z nietypową dla Irańczyków ostrożnością obwozi po zaszytych w górach małych miejscowościach. Życie zdaje się być w nich bardzo wymagające, co jednak nie zmienia pogodnego usposobienia Kurdów, którzy chętnie nawiązują rozmowę i zapraszają na herbatę.

 

Czy bezpiecznie jest jechać do irańskiego Kurdystanu? Oczywiście, że tak. Gdyby było inaczej nigdy nie zdecydowalibyśmy się na taki krok. Priorytetem zawsze będzie nasze szeroko pojmowane bezpieczeństwo, zwłaszcza podróżując z dziećmi. O ile Iran imponował nam tym, że czuliśmy się bezpiecznie, to Kurdystan podniósł tę poprzeczkę. Chociaż nie mieściło nam się to w głowie, Kurdowie okazali się jeszcze bardziej gościnni i otwarci. Można powiedzieć, że jedynym zagrożeniem, jakie na nas czyhało było spotkanie z gadatliwym i pełnym ciekawości Kurdem.

 


Informacje praktyczne:

  • Do miejscowości Paveh w regionie Howraman można dostać się minibusami na przykład z Kermanshah (5zł, 2 godziny)
  • Baza noclegowa w Paveh jest mocno ograniczona. Spaliśmy w hotelu Eram. Najdroższy nocleg w Iranie (prawie 200zł za noc), za to z pięknym widokiem.
Tagi
POWIĄZANE WPISY
Asia, Łukasz, Maja i Alicja Kasperek

Cześć! Jesteśmy rodziną, która nie wyobraża sobie życia bez podróży. Na co dzień mieszkamy i pracujemy na Śląsku. Staramy się uciekać od rutyny i codziennego pośpiechu, więc gdy to tylko możliwe, pakujemy plecaki i ruszamy w drogę. Odkąd pojawiła się Maja, podróżujemy wyłącznie w pełnym składzie, bo tylko wtedy podróż może być naprawdę udana! A jak to się zaczęło, przeczytacie na stronie "O nas".

Szukaj
Wpisy wg daty
Airbnb
Airbnb

Zarejestruj się i odbierz 100zł na pierwszy nocleg z Airbnb

Newsletter

Znajdziesz nas również na: