featured Iran Świat

Iran – historia przypadkowych (nie)zwykłych spotkań

-
13 lipca 2017

Pierwszy raz o wielkiej gościnności i serdeczności Irańczyków usłyszeliśmy cztery lata temu w Słowenii. Anže, couchsurfer, który przyjął nas wówczas z maleńską Mają pod swój dach, niemalże rozpływał się z zachwytu nad niezwykle przyjacielską postawą ludzi spotkanych w czasie jego podróży w Iranie. Jego opowieści brzmiały jak z innego świata, traktowałam je z przymrużeniem oka. Mimo, że później nasłuchałam się wielu podobnych, wątpiłam, by dobre intencje i serdeczność Irańczyków przetrwały próbę czasu i większe zainteresowanie turystów. Przypadkowe spotkania z Irańczykami pokazały nam jak jest naprawdę.

Urzędnik imigracyjny

Po przylocie do Teheranu pierwsze kroki kieruje się w kierunku okienka, gdzie należy przedłożyć zaświadczenie o ubezpieczeniu obejmującym terytorium Iranu. Urzędnik spogląda na nasz świstek, kręci głową i mruczy coś pod nosem. Zwraca formularz z wyraźnie zniesmaczoną miną pytając: „What is it? What is it?!” Łukasz tłumaczy więc i ponownie pokazuje zaświadczenie, przeczuwając już nadchodzące próby zmuszenia do zakupu irańskiego ubezpieczenia. „Ah, just kidding! That’s ok. Welcome to Iran!” podsumowuje rozmowę uśmiechnięty urzędnik.

Tymczasem w oczekiwaniu na wizę Maja zajada się już słodyczami, które przynosi jej inny urzędnik. Dopiero wylądowaliśmy, jest środek nocy, a podróż już zaczyna się dobrze.

Współpasażer

Pakujemy się do minibusa zajmując ostatnie wolne miejsca. Siedzę z dziewczynkami, Łukasz z tyłu, obok młodego Irańczyka. Rozmowa z nim sprowadza się do standardowych pytań o to, skąd jesteśmy i na jak długo w Iranie. Kiedy docieramy do celu podróży i próbuję się wygramolić z dziećmi i plecakiem z busika, Łukasz reguluje z kierowcą płatność za przejazd. Właściwie podejmuje jedynie tego próbę. Zupełnie niespodzianie młody Irańczyk siedzący wcześniej obok, szybko płaci za naszą rodzinę i najzwyczajniej w świecie… ucieka.

 

Innym razem skromnie ubrany starszy pan w minibusie zagaja z nami rozmowę. Kiedy na przystanku wyjmujemy bagaże, on błyskawicznie zamawia nam taksówkę i jak się później okazuje, również za nią z góry płaci.

Byliśmy świadomi irańskiej kultury wymiany uprzejmości (ta’arof o czym więcej napiszemy), zapraszania do siebie, odmawiania przyjęcia zapłaty, jednak w tych przypadkach nas po prostu przechytrzono!

Goście z restauracji

Przy restauracyjnej kasie „sprzeczka”. Próbujemy zapłacić rachunek, ale kasjer nie ma drobnych, by wydać czy rozmienić większy nominał. Dwóch innych gości, z którymi wcześniej nie zamieniliśmy ani słówka, przegaduje się kto z nich ma za nas zapłacić brakującą kwotę. Rozmowę ucina kasjer dopisując ją do rachunku jednego z nieznajomych, który jest tym rozwiązaniem bardzo usatysfakcjonowany. Tłumaczenie, że chcę tylko rozmienić i zapłacimy za siebie, zdaje się na nic.

W Kaszanie Maja zwróciła w restauracji uwagę pań z sąsiedniego dywanu. Od razu można było zauważyć, że nie pochodzą z prowincji. Wskazywały na to niedbale założone hidżaby pokazujące o wiele więcej niż powinny. W czasie rozmowy okazało się, że przyjechały z Teheranu. Śmiało zapytały co sądzę o hidżabie. Odparłam, że jest mi w nim gorąco i niewygodnie. Ta odpowiedź wyraźnie je ucieszyła. Bez skrępowania powiedziały, że hidżab jest niedobry i nikomu niepotrzebny. Energicznie gestykulując udawały, że właśnie go zrzucają na ziemię. Wymianę zdań zakończyło rozdawanie upominków dla dzieci, które panie wyszukały w zawartości swoich torebek.

 

Taksówkarz

Ustalanie ceny za przejazd taksówką może mieć zaskakujący finał. Taksówkarz Ali zanim wyruszył w umówioną trasę do Isfahanu, zaprosił nas do swojego rodzinnego domu na herbatę. Z 10 minut zrobiła się godzina bo zaserwowano jeszcze wodę różaną, owoce i słodycze. Udało nam się wykręcić przed obiadem, inaczej nie wyruszylibyśmy przez kolejne godziny.

Irańczycy za kierownicą stają się zupełnie innymi ludźmi. Uparcie trąbią, wciskają się, zajeżdżają drogę czy też nagminnie przekraczają prędkość i wyprzedzają nie bacząc na kwestie bezpieczeństwa. W Kurdystanie spotkaliśmy kierowcę, który zdecydowanie się na tym tle wyróżniał. Za kierownicą był nadzwyczaj spokojny i ostrożny. Wybryki innych kierowców komentował z dezaprobatą: „Irani drivers!”. Odrębność Kurdów podkreślał wielokrotnie komunikując się łamaną angielszczyzną składającą się z kilku podstawowych zwrotów. To w zupełności wystarczyło, by mógł podzielić się z nami opinią na temat swojego kraju: „muslim – dictator, no good”, „Ramadan – no good”.

Równie krytycznie do sytuacji w Iranie odnosił się inny taksówkarz, kiedy przemieszczaliśmy się pomiędzy teherańskimi lotniskami. Czuliśmy, że obdarzył nas dużym zaufaniem, za podobne opinie wyjawiane nieodpowiednim osobom groziły mu przecież niemiłe konsekwencje. Na zakończenie kursu nie tylko dał nam swój numer na wszelki wypadek i pomógł dowieźć bagaże przed odprawę, ale i kolejnego dnia pytał na Whatsappie czy bezpiecznie dotarliśmy na miejsce. Wśród taksówkarzy z takim podejściem do klienta jak w Iranie jeszcze się nie spotkaliśmy.

Sprzedawca

Poszukiwania Błękitnego Meczetu w Tabrizie sprowadziły się do poszukiwania sklepu spożywczego. Właśnie kończyła nam się woda, a w zasięgu wzroku żadnego miejsca, w którym moglibyśmy się w nią zaopatrzyć. Zapytaliśmy więc sprzedawcę w domu handlowym oferującym różnego rodzaju plastikowe opakowania i kubki . Niestety również jego wskazówki nie doprowadziły nas nigdzie. Wracając tą samą drogą, nagle wybiegł ku nam jeden ze sprzedawców pytając czy udało nam się w końcu kupić wodę. Nie był to ten sam mężczyzna, z którym wcześniej rozmawialiśmy. W domu handlowym wieść o turystach z dziećmi pytających o sklep musiała być więc szeroko dyskutowana.

Na wieść o tym, że nasze poszukiwania skończyły się fiaskiem, zaprosił nas do środka prowadząc w ślepy zaułek, gdzie znajdowało się „plastikowe” zaplecze jego sklepiku. Z wnętrza przyniósł wodę, zaoferował herbatę i chleb z serem. Po krótkiej wymianie zdań znów na moment zniknął, by wrócić z upominkami dla nas – zestawem plastikowych talerzy i kubków. W międzyczasie pojawił się następny sprzedawca, który otwarcie przyznając, że ramadan nie jest dla niego, dzieląc się z nami orzechami włoskimi.

Restaurator

Sankcje nałożone na Iran zmusiły wielu przeciętnych Irańczyków do poszukiwania zupełnie nowej drogi zawodowej. Tak było w przypadku właściciela restauracji w Kermanshah, który musiał zrezygnować z pracy w branży informatycznej. Ali zdawał się być jednak w pełni pogodzony z tą zmianą i czerpać wiele radości z obecnego zajęcia. Zamiast menu z dumą pokazał nam kuchnię, a w niej po kolei zawartość garów. Po złożeniu zamówienia na danie główne na ceracie pojawiła się najpierw gorąca herbata, cukier na patyczkach i słodycze. Kiedy po paru godzinach gadania, oglądania rodzinnych zdjęć i jedzenia przyszła pora się pożegnać, Ali dał nam swój numer i zaoferował pomoc i poradę, gdybyśmy byli w potrzebie. Z trudem, ale udało nam się w końcu opuścić lokal.

W Kurdystanie trafiliśmy do restauracji, do której pokierowali nas miejscowi. Na pozór zamknięta z uwagi na ramadan, w środku była w pełni gotowa na przyjęcie gości. I tym razem obsługa zaprosiła nas do kuchni, gdzie gotowe lub jeszcze bulgoczące potrawy czekały aż trafią na talerze. Oprócz zamówionych dań na nasz stół trafiły też gratisowe dania dla dzieci.

Duchowni (akhoond)

W czasie zwiedzania meczetu Masjed-e-Nasir-al-Molk w Szirazie podeszło do nas dwóch duchownych, zwanych akhoondami. Z zainteresowaniem pytali o nasz kraj pochodzenia i szczegóły podróży. Opowiadali o swoich rodzinach ubolewając nad tym, że z uwagi na ich obowiązki i wyjazdy nie zawsze mogą poświęcać im czas. W międzyczasie polecili nam również miejsce w meczecie, gdzie pomimo ramadanu, można wypić herbatę i coś słodkiego. Jak widać post w ramadanie może być różnie interpretowany.

Obsługa Iran Air

Na lotnisku w Teheranie okazało się, że ściągnięty właśnie z taśmy bagażowej wózek nie da się rozłożyć. Brakowało dosyć istotnej części – adaptera, który umożliwiał zamocowanie siedziska. Zanosiło się na to, że zmieniając lotnisko na międzynarodowe będziemy musieli mocować się z dodatkowymi sztukami bagażu.

Udaliśmy się do biura Iran Air, by zgłosić szkodę. Naszą sprawą żywo zainteresowało się czterech panów. Jeden od razu skontaktował  się z obsługą lotniska, drugi wręczył formularz do wypełnienia. A pozostali zajęli się naszym komfortem: podsunęli wygodne fotele, zaoferowali herbatę i zimne napoje. Zamówiono nam również taksówkę za pośrednictwem irańskiego odpowiednika Ubera, o połowę tańszą niż lotniskowa taryfa. Choć sami w to nie wierzyliśmy, w niedługim czasie adapter odnaleziono w luku bagażowym samolotu.

Na odchodnym miły pan z obsługi pomógł nam z bagażami i znalezieniem naszej „taksówki” w chaosie stłoczonych pod halą przylotów pojazdów.

 

Kiedy przylecieliśmy z Teheranu do Kijowa trudno było nam się odnaleźć. Niemiła obsługa, niechęć do pomocy, brak uśmiechu były jak policzek. Od razu zatęskniliśmy za Iranem snując plany powrotu w przyszłości. W tym momencie w pełni rozumieliśmy tych, którzy Persją tak bardzo się zachwycali. Przypadkowe spotkania z Irańczykami i jedyne w swoim rodzaju doświadczenie z irańskim couchsurfingiem sprawiły, że nasz subiektywny zachwyt jest jak najbardziej uzasadniony.


 

W tym wpisie przytaczamy tylko kilka przypadkowych spotkań i sytuacji, celowo pomijając liczne wizyty w domach Irańczyków. Tym ostatnim poświęcimy osobny wpis, ze szczególnym uwzględnieniem Couchsurfingu, którego poprzeczkę Iran podniósł naprawdę wysoko!

 

Daj nam znać co o tym sądzisz. Jakie było/jest Twoje wyobrażenie na temat Irańczyków?

Jeśli spodobał Ci się wpis, proszę puść go dalej w świat udostępniając znajomym. Zachęcamy też do zapisania się do naszego newslettera, dzięki czemu będziesz otrzymywać informacje mailowe o nowych wpisach na blogu.

Tagi
POWIĄZANE WPISY
  • Bardzo ciekawy wpis, lubię czytać historie o (nie)zwykłych ludziach. :))
    Na Erazmusie poznałam parę dziewczyn z Iranu, przesympatyczne osoby.

  • Co za cudowny wpis, podesłał mi link narzeczony. Teraz będziemy chyba marzyć o Iranie z naszą córką:) Pozdrawiamy z wakacji we Francji!

    • Dziękujemy! W pełni uzasadnione marzenie, zwłaszcza rozważając wyjazd do Iranu z dzieckiem 😉 Pozdrawiamy!

  • Piotr Kos

    Bardzo fajnie napisane. Jestem zaskoczony takim nastawieniem Irańczyków do turystów. Okazuje się, że warto się integrować i czerpać z innej kultury. My jako Polacy pewnie przemykalibyśmy uliczkami, byle nie narazić sie na kontakt z tubylcami, bo z góry zakładamy, że wszyscy są tacy opryskliwi jak my i doszukujemy się wszędzie podstępu czy interesowności. Jedyne co by mi przeszkadzało, to przeciągające się posiedzenia 🙂

    • Dzięki Piotr! Oczywiście, że warto czerpać! 😉 Sami nie byliśmy w stanie uwierzyć w podobne historie, zanim sami się do Iranu wybraliśmy. Pozdrawiam!

  • Pingback: Jak podróżuje się po Iranie? - Gdzie są Kasperki()

Asia, Łukasz, Maja i Alicja Kasperek

Cześć! Jesteśmy rodziną, która nie wyobraża sobie życia bez podróży. Na co dzień mieszkamy i pracujemy na Śląsku. Staramy się uciekać od rutyny i codziennego pośpiechu, więc gdy to tylko możliwe, pakujemy plecaki i ruszamy w drogę. Odkąd pojawiła się Maja, podróżujemy wyłącznie w pełnym składzie, bo tylko wtedy podróż może być naprawdę udana! A jak to się zaczęło, przeczytacie na stronie "O nas".

Szukaj
Wpisy wg daty
Airbnb
Airbnb

Zarejestruj się i odbierz 100zł na pierwszy nocleg z Airbnb

Newsletter

Znajdziesz nas również na: